15th Paź
Edyta Kwiatkowska Art of Growth

„Zróbmy sobie stronę!” – część I

Strona www w dzisiejszych czasach? Żaden problem. Jakim cudem historia mojej sięga aż 2 lata wstecz?

Kiedy postanowiłam otworzyć swoją firmę, nie miałam przetestowanych pewnych kwestii. Dużo było w tym wszystkim radosnej teorii. Po obejrzeniu reklamy WIX (darmowego kreatora stron www), nie zastanawiając się długo stwierdziłam, że co jak co, ale www to ja zmontuje dla siebie sama – najlepiej! Zresztą postawiłam już jedną stronę za pomocą WIX i ich szablonów, więc nie widziałam w tym większego problemu.

Strona w dwa dni?

Stronę robiłam 48 godzin. Przekładałam, przeklejałam, podpinałam linki, pisałam teksty, wstawiałam ruchome elementy. Ustawiłam nawet wszystko tak, by była responsywna.

Napisałam kilka tekstów na bloga i ogłosiłam: O to jest moje www.

Dostałam różne wiadomości. Pstrokata, nieczytelna, piękna, biznesowa, niebiznesowa, za dużo się rusza, za mała interaktywna. Do tego okazało się, że z marketingiem w internecie, to ja z tą stroną nie powalczę za wiele… Część moich pomysłów umarła jeszcze na etapie kiełkowania, ze względu na brak możliwości wdrożenia w ograniczonym kreatorze. Po kilku tygodniach obserwowałam moją stronę z coraz bardziej załamaną miną. Stwierdziłam… Zaorać i postawić na nowo!

Tak też zrobiłam. Miałam już zupełnie inny niż wcześniej plan: inny design, inne (stockowe oczywiście) zdjęcia, inne kolory, mniej ruchu, bardziej czytelnie. Zaorałam. Postawiłam na nowo w 48, może 62 godziny. Bo jak robić, to natychmiast. Bo po co czekać?

Ogłosiłam: Moje nowe www! Już jest, patrzcie i płaczcie jakie to piękne i wspaniałe.

Po 6 miesiącach zrezygnowałam z tej domeny, zamknęłam i zaorałam.

Kurs tworzenia stron online – czy warto?

Na FB pojawiły się reklamy: zrób sama swoją stronę www. Nic prostszego! Zapisz się na kurs i zrób. Wybrałam na początek tańszy kurs. Kupiłam, zapłaciłam, dostałam PDF na mail. Przeczytałam 4 strony na temat tego, jak się robi stronę na WordPressie i umarłam w butach. No nie ma opcji… ile to roboty! Mało to zrozumiałe, a na dodatek inne osoby, które zakupiły kurs chwaliły się w międzyczasie swoimi postępami w robieniu swojej strony… Myślę sobie… Nie moja wina – no przecież. Kiepski kurs. Kiepski poradnik. Za dużo tekstu.

Po jakimś czasie pojawiła się promka na drugi popularny kurs. Ten droższy i bardziej zaawansowany. Poszłam do mojego partnera i mówię: słuchaj… 500 zł, ale za ładną stronę to minimum 2 tysiące musiałabym dać, a tak będę mieć nowe umiejętności i stronę, co myślisz?. No a że niestety mój partner nad wyraz wierzy w moje umiejętności, powiedział jasne, kup sobie na firmę. Kupiłam.

Dostałam maila: nie czekaj do jutra, co masz zrobić jutro zrób dzisiaj. Usiadłam i zaczęłam robić. Kupiłam zgodnie z instrukcją jakieś „coś”, na jakimś „serwerze”, jakąś „domenę” i coś tam jeszcze. Umarłam z dumy, że tak ogarniam i poszłam spać. Na drugi dzień ochoczo wróciłam do pracy i wtedy zaczęły się schody.

Nie wszystko działało na MacBooku, a na dodatek support mi nie odpisał. Ugrzęzłam. Podjęłam może jeszcze dwie próby partycypowania w grupie i tworzenia www, oglądałam jak inne kobiety oklaskują swoje nowe strony, a ja nie miałam nic, co miałoby jakąkolwiek formę. Jakoś tak zakończyła się moja przygoda ze stronami z kursów.

Po co strona? Facebook nie wystarczy?

Myślę sobie: dobra, mam social media, po co mi WWW? Niestety – klienci pytali, na wizytówkach śmiesznie wyglądał brak adresu strony, a w zamian rozszerzenie z Facebooka. Zgłosiłam się do zaufanego znajomego, który ma firmę zajmującą się rozwiązaniami IT. Robiliśmy wspólnie różne projekty dla moich klientów oraz dla mnie, więc wiedziałam, że na stronkach to oni się znają.

Poszłam na spotkanie, ustaliliśmy koszty i znaleźliśmy właściwy szablon, żeby nie budować wszystkiego na nowo. Domenę już nawet miałam, więc wszystko na dobrej drodze. Działamy.

Copywriting o sobie?!

Wtedy padło hasło: przygotuj teksty. Hasło killer dla wszystkich osób, które robią swoje strony. Zasadniczo, moim klientom pomagam przy tym procesie i wychodzi mi on całkiem dobrze.

Niestety… To był moment, w którym musiałam napisać kilka tysięcy znaków. O sobie. Dobrze.

Utknęłam jak jasna cholera… Na ponad 10 miesięcy!

c.d.n