28th Sie

O tworzeniu okazji i życiowych decyzjach

Pierwszy taki tekst. Krótki, acz emocjonalny – o mnie. To nie jest tekst o moich kwalifikacjach, kursach, kompetencjach.  To jest tekst prawdziwie o mnie. O tym, co zupełnie nie jest ważne w CV, ale wyjaśnia, skąd obecnie znajduję w sobie wdzięczność i siłę i dlaczego nie zostałam choreografem.

Od zawsze czułam, że chciałabym być bizneswoman. Nie wiedziałam jednak przez długi okres mojego życia, co to w ogóle może znaczyć. Podobały mi się eleganckie kobiety, wysokie obcasy, wsiadanie do samochodu, trzymając kolana razem i spotkania w restauracjach. Tak z mojej perspektywy wyglądało bycie kobietą w biznesie. Nie miałam pojęcia, o czym miałabym na tych spotkaniach rozmawiać. Perspektywa ładnej garsonki, własnego samochodu i niezależności była bardzo kusząca. Taki widok znałam tylko z telewizji. Mój tata miał firmę, ale to nie były realia rodem z Beverly Hills. Mama była na etacie, co powodowało u niej niezadowolenie z życia, finansów i czasu pracy. Z mojej dzisiejszej perspektywy w swojej pracy najbardziej kocham te dni, kiedy noszę wygodne ubrania, a do samochodu niekoniecznie muszę się zbliżać.

Zanim jednak otworzyłam swoją drugą firmę, w moim życiu wydarzyło się mnóstwo sytuacji, które prowadziły do tego, kim jestem teraz.

Tworzenie okazji

Przede wszystkim obok fascynacji kobietami biznesu od dziecka miałam setki marzeń. Rodzice zapisali mnie w wieku 6 lat na taniec towarzyski. Wyczuli, że mam talent bo lubiłam tańczyć w domu i na jakimś weselu u rodziny na wsi pięknie zatańczyłam lambadę w 1994 roku. Chodziłam na różne zajęcia taneczne przez kolejne kilkanaście lat z mniejszymi i większymi sukcesami. Oczywiście to spowodowało, że był w moim życiu moment kiedy marzyłam o byciu choreografem i pójściu na AWF.

Dowiedziałam się jednak, że na egzaminie trzeba wskoczyć do basenu, czego nie zrobiłam do dzisiaj i nie zamierzam robić raczej w ogóle. Nie mniej przeżyłam ogromne rozczarowanie, mając lat 14 czy też 15. Okazało się, że mój ukochany taniec to bardzo drogi sport i nie mamy już na niego pieniędzy. Pamietam, że tata kupił mi bardzo piękny i drogi dres z Nike, który nosiłam przez kolejne 10 lat. Jakieś 2 tygodnie po otrzymaniu tego prezentu okazało się, że na obóz taneczny nie jadę.

W ciągu kolejnych tygodni okazało się, że w ogóle już nie będę tańczyć, bo nie ma kto za to zapłacić. Propozycje płynące z zewnątrz zostały odrzucone. Jakoś tak zostałam wtedy odrzucona przez wszystko, co było ważne w moim życiu. Dzisiaj wiem, że to był jeden z pierwszych ważniejszych momentów w moim życiu, kiedy mój tyłek zaczął twardnieć, bynajmniej nie od ćwiczeń.

Już wtedy pracowałam dorywczo jako hostessa. Chciałam być modelką i nawet zrobiłam wtedy kurs dla modelek nie bacząc na to, że nie mając 170 cm wzrostu moje szanse nie były nawet marne. Patrząc z perspektywy czasu, jestem pełna podziwu dla siebie, jak już wtedy sama tworzyłam dla siebie okazje, jeśli nie przynosiło ich życie.

Wracając do tańca, który odegrał w moim życiu ogromną rolę, w kwestii konsekwencji w dążeniu do celu, miłości do muzyki i wrażliwości, nie przestałam tańczyć tak zupełnie. Taniec towarzyski zamieniłam na taniec nowoczesny, hip-hop, a nawet balet dla początkujących. To był absolutny hit, kiedy z moja przyjaciółką chodziłyśmy w wieku lat chyba 16 na zajęcia z 8-latkami. Baletnicą nie zostałam. Moja przyjaciółka też nie.

Do dzisiaj jednak związana jest z tańcem i nawet skończyła studia w tym kierunku. Taniec zostawił we mnie jednak szaloną wrażliwość. Kiedy 2 lata temu miałam możliwość obejrzeć Chicago na Broadway’u, cały spektakl starałam się nie popłakać. Nawet jak to piszę, mam łzy w oczach. Pomimo upływu lat taniec znaczy dla mnie bardzo wiele i już na zawsze pozostanie w moim sercu i w mojej krwi. Siedząc w fotelu w teatrze w Nowym Jorku osiągnęłam po prostu apogeum wzruszenia. Taniec, miasto marzeń, spektakl z 20-letnią historią, to że moje życie tak diametralnie się zmieniło. To jest wzruszenie i wdzięczność, na które nie ma słów.

Moi rodzice bardzo dbali o moją edukację. W szkole miałam dobre oceny, a przez wszystkie lata szkolne uczęszczałam w różnych momentach i z rożnym zaangażowaniem na piłkę ręczną, zajęcia aktorskie, siatkówkę, francuski, angielski, wszelkie zajęcia taneczne. Nie wiem kiedy się bawiłam, ale i tego trochę pamietam.

Taniec, kiełbasa i siedmiu krasnoludków

Jak już wspomniałam, jestem w szoku, jak sama tworzyłam sobie okoliczności, jeśli ich nie było. Z moją przyjaciółką (tą od baletu) wyruszyłyśmy na poszukiwanie pracy mając lat 12. Nie było internetów poza kafejką internetową (tak! Było coś takiego, jak kawiarenka internetowa gdzie można było za opłata korzystać z komputera. Wtedy większość osób z racji braku Facebooka korzystała z czatów i rozmawiała z obcymi ludźmi. Miałam nawet kiedyś takiego chłopaka on-line ze Skierniewic. Po tym jak podałam mu numer stacjonarny i zadzwonił do mnie do domu, przestraszyłam się, że przyjedzie i mnie zabije. Zerwałam z nim i powiedziałam, że się przeprowadzam i żeby nie dzwonił nigdy więcej), więc pracy szukałyśmy chodząc od drzwi do drzwi.

Pizzeria była chyba jedna. Tele-Pizza rządziła. Wszyscy kochali pół zimną pizzę, z gyrosem, toną taniego sera i keczupem, który nie widział pomidorów. Niestety nie dostałyśmy pracy, bo byłyśmy za młode. To się zmieniło niespełna rok później. Dostałyśmy się do agencji modelek i hostess, gdzie regularnie dostawałyśmy zlecenia pracy. Dziś wiem, że niektóre były mocno na granicy pracy hostessy.

Zabrano nas kiedyś na przyjęcie, miałyśmy się seksownie ubrać i tańczyć. Tylko tyle. Trochę to przerażajace, bo miałam może 15, może 16 lat. Wtedy byłam zadowolona, bo za noc przyzwoitego tańca na imprezie firmowej dużej katowickiej firmy dostałam 60 zł. Spokojnie można było kupić za to spodnie i bluzkę na targu. Dzisiaj jak o tym pomyślę, to dziękuje opatrzności, że nic się nigdy złego nie wydarzyło – bo mogło. To na pewno był kolejny moment, chociaż wtedy o tym nie wiedziałam, który wpłynął na to jak dzisiaj podchodzę do zarabiania pieniędzy. Pracując z tą agencją miałam jednak więcej zleceń w stylu, rozdawanie kiełbasy w markecie w stroju śląskim. Wyćwiczyłam wtedy do perfekcji trenowany już od lat w tańcu towarzyskim sztuczny uśmiech. Pierwszym awansem był dzień, w którym w stroju królewny śnieżki zarządzałam czasem pracy 7 krasnoludków w centrum handlowym w Warszawie. Rozdawałam wtedy cukierki, a nie kiełbasę, a za weekend zarobiłam 150 zł. To było szaleństwo.

W szkole byłam zawsze aktywna. Wszystkie społeczne działania, akademie, występy. Wszędzie byłam. We wszystkim brałam udział. Dzięki temu nie musiałam chodzić na nudne lekcje. W liceum, z przyjaciółką (od baletu) i kolegą sami zorganizowaliśmy pokaz mody. Był hitem w szkole. Zaprojektowaliśmy stroje, ktoś nawet sponsorował materiały, koleżanki ze szkolonego korytarza były modelkami. Był występ grupy rewiowej, w której tańczyłyśmy, napisała nawet o tym jakaś większa lokalna gazeta. Po co w ogólniaku pokaz mody? Nie wiem. Było super. Całość poprowadził ówczesny chłopak przyjaciółki, który chodził do innego liceum, ale kto by się tym przejmował. Scenę zresztą ma we krwi. Obecnie jest całkiem znanym i cenionym aktorem. To po prostu było tworzenie okazji. By coś zrobić, by coś przeżyć, by coś zmienić.

Od zawsze mam też w sobie brak zgody na niesprawiedliwość społeczną. Gimnazjum skończyłam z doskonałym wynikiem, złożyłam dokumenty do 3 szkół w Katowicach. Jednej z najlepszych, całkiem dobrej i bardzo kiepskiej. Akurat to był czas, kiedy niekoniecznie ktoś się mną zajmował, wiec o tym, że jest dzień przyjęć do liceum dowiedziałam się od Taty przyjaciółki. Pojechałyśmy autobusem do tej mojej wymarzonej szkoły. Większość dzieciaków była tam z rodzicami. Ja nie. Okazało się, że już wisi lista przyjętych osób. Okazało się, że niektórzy mają mniej punktów niż ja. Okazało się, że jak masz 15 lat to wszyscy mają w dupie co masz do powiedzenia. Nikt nie zamierzał mi wyjaśniać dlaczego nie ma mnie na liście. Spaliłam ostentacyjnie papiery z tej szkoły na głównej ulicy w Kato. Wsparcie miałam to samo, co na balecie. Wybrałam to samo liceum, co moja przyjaciółka gdzie przyjęli mnie bez ingerencji rodziców i kontaktów. Cieszę się, że nie dostałam mandatu za ognisko na ulicy i że trafiłam do szkoły, w której można było robić pokazy mody.

Multitasking do granic

Kiedy przyszedł moment pójścia na studia, pomógł mi mój brat. Kupił mi bilet do Irlandii, dał dach nad głową i 4 dni po maturze poleciałam do pierwszej poważnej pracy. Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna była na stanowisko sprzątaczki w hotelu. Mogłabym zmieniać pościel i mówić „room service”. Byłam przerażona, bo rozmowa była oczywiście w języku angielskim. Po wyjściu przed hotel z emocji i stresu zalałam się łzami. Po 2 dniach otrzymałam telefon, że jeśli chcę, to mogę przyjść do tej pracy. Miałam wtedy już inną. Lepiej płatną i bliżej domu. Za granicą wszyscy pracowali ciężko, rzadko na jednym etacie. Ja momentami w trakcie pierwszego pobytu w Irlandii miałam 3 prace. W trakcie drugiego pobytu 4.

Jeśli ktoś mówi mi, że nie wiem, co to ciężka praca, to się uśmiecham. Miałam czas na sen pomiędzy 17:00, a 20:00 oraz pomiędzy 3:00, a 7:00 rano. Puszczałam nagranie z YouTube – 4 godziny snu w 40 minut, żeby zdążyć się wyspać. O tym, jak bardzo źle zainwestowałam pieniądze, nie będę pisać. Ku przestrodze powiem tylko, że trzeba myśleć, z kim się dzieli łoże i ile osób korzysta z niego, gdy pracujemy na 4 etatach w Irlandii.

Twardość mojego siedzenia budowała się coraz bardziej, a ja zastanawiałam się, dlaczego nie potrafię ogarniać tak, jak inni. Naprawdę! Myślałam, że jestem nieogarnięta. Byłam przekonana, że brakuje mi wiedzy umiejętności, zaradności, urody. Oczywiście brakowało mi jedynie asertywności i pewności siebie.

Między tym wszystkim położyłam swoją działalność gospodarczą. Byłam za młoda. Nie wiedziałam, jak dużą odpowiedzialnością jest prowadzenie firmy. Spółka okazała się klapą. Dużo mnie to kosztowało. Emocjonalnie oraz finansowo. Zadłużenie w ZUS spłaciłam całkiem niedawno. Oczywiście dopiero po porzuceniu byłego partnera i etatów. Czy żałuję? Jasne, że nie. Dzisiaj dużo roztropniej podejmuje decyzje. Za wcześnie próbowałam być bizneswoman, a jak zarobiłam pieniądze, to je roztrwoniłam. Decyzja o założeniu drugiej firmy, chociaż i tak dość spontaniczna, była dużo bardziej świadoma.

Jak widzę to dziś?

W tak zwanym między czasie przeszłam ścieżkę od konsultanta do regionalnego kierownika. Nauczyłam się bardzo wiele, bo nikt nie wyszkoli Cię tak, jak korporacja. Realizacja targetów, wszystko ASAP i niejeden przy tym fuck-up. Sen był dla mięczaków, urlop bez sensu, a kto chciał pracować 8 godzin wydawał mi się ostatnim leniem tego świata. Też nie żałuję. Pracowałam, czytałam, jeszcze więcej pracowałam. Szkoliłam się, byłam nawet studentką 4 kierunków przez te lata, wszystkiego robiłam za dużo, nie zawsze do końca dobrze. Nie poddałam się w żadnym momencie. Wiedziałam, że kiedyś coś się zmieni. Myślę, że straciłam sporo znajomych przez to, że nie jechałam nad wodę, nie poszłam na piwo, nie zostałam na imprezie, zmieniłam pracę.

Nie żałuję. Ta droga od dziecięcych, bliżej nieokreślonych marzeń, do dzisiaj była tak trudna i piękna, że z wielką radością w sercu czekam na jutro. Na poniedziałek. Dzień pracy.